Stało się to, na co czekałem od czasu kupna 70-300VR, czyli od początku tego roku. Po ponad 3 latach użytkowania D40 przyszedł czas na znalezienie mu godnego następcy. Lepiej chyba nie mogło trafić – do mojej domowej fotograficznej stajni zawitał nowiuśki Nikon D90. Pierwsze wrażenia – rewelacja! Dla kogoś, kto przez tyle czasu cykał najprostszą lustrzanką na rynku, przesiadka na D90 to niczym zamiana Malucha na Mercedesa. Sam wygląd wizualny przyprawia o dreszcze. Duża, solidna, konkretna bryła, która idealnie wpasowuje się w dłoń. To jedna sprawa. Dwie pozostałe, których brak bolał mnie w D40, to duża rozdzielczość przy wykorzystywaniu pełni możliwości matrycy (4200pix, 12.1mln) oraz ISO100 (w D40 najniższe miałem 200). Te 3 kwestie w połączeniu z moim 3-letnim doświadczeniem w spotterce na sprzęcie z niższej półki musiały dać wymierny efekt. Dały…i to aż w nadmiarze. Zaraz sami się o tym przekonacie.
Skoro stałem się posiadaczem D90, to trzeba było go czym prędzej wypróbować. Długo nie musiał na to czekać. Już nazajutrz, 17 sierpnia, postanowiłem sprawdzić go w warunkach bojowych. Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć tyle – D90 z połączeniu z 70-300VR, to istna mieszanka wybuchowa! Ale po kolei… Umówiłem się z Sebastianem, że pojedziemy pod płot cyknąć B763 Air Italy (jako LO045 do Toronto). W zasadzie już udało mi się go ściągnąć (patrz poprzedni artykuł), ale chciałem mieć jeszcze choć jedno ujęcie przy dobrej pogodzie. Dodatkowo możliwość przetestowania nowego korpusu… Jako iż operacje tego dnia wykonywane były na 15, nasz wybór padł na ‘krzyżówkę’. Miałem możliwość pojechania autem, toteż nie mogłem zapomnieć drabiny, która, jak się później okazało, przyczyniła się do czegoś historycznego w mojej spotterskiej karierze. Dotarliśmy na miejsce i zaczęły się moje boje z ustawieniami. Jednak korpus korpusowi nierówny i ustawienia, na których jechałem w D40 zupełnie nie sprawdzają się w D90. Na szczęście po kilku Embraerach odnalazłem się w tym wszystkim i foty zaczęły wychodzić. Pocykalim pocykalim, aż tu nagle zmienili konfigurację na 33. Uznaliśmy, że w takim wypadku lepiej przenieść się na Paluch – jakieś przyziemienia się przynajmniej połapie. Drabina okazała się nieoceniona, gdyż pracownicy techniczni trochę zaniedbali koszenie trawy i cykając z ziemi nie dość, że nie było widać przyziemienia, to całe podwozie było zasłonięte! Dlatego też pstrykaliśmy z Sebastianem na zmianę z drabiny. Koło 17:30 z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem do kołowania zebrał się Air Italy i w tym samym momencie (o godzinę za wcześnie, coś ostatnio podejrzane się to zrobiło…) na horyzoncie ukazał się MD-11 UPSa. Zdjęcie z przyziemienia tego ostatniego jest bez dwóch zdań moim najlepszym strzałem w życiu (co okazało się dopiero po zgraniu zdjęć na kompa i obróbce). Zresztą…co ja tu będę dużo gadał – sami oceńcie. Zdjęcia w 1600pix, przy fajnym oświetleniu, o jakości nie wspominając. Miód na me serce… D90 egzamin zdał na 6.
Pozdrawiam, Maciek.
Share on Facebook